Szukaj

Zmarła matuszka św. Sergiusza
Autor: Olga Kuprianowicz / 31-03-2012

28 marca 2012 r. zmarła matuszka Alewtyna Zacharczuk, żona św. męcz. Sergiusza. Święty ten zaliczony został w poczet Świętych Męczenników Chełmskich i Podlaskich. Kanonizowany był przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny w 2003 r. Poniżej prezentujemy wywiad z matuszką Alewtyną publikowany na łamach nr 3(7)/2008 kwartalnika Bractwa Młodzieży Prawosławnej Diecezji Lubelsko Chełmskiej „Istocznik”.

TA IKONA TO CAŁE MOJE ŻYCIE

W wołyńskiej wsi Kopacziwka znajduje się dom Walentyny Zacharczuk – żony św. ks. Sergiusza Zacharczuka. Matuszka mieszkała z ks. Sergiuszem zaledwie 5 lat. Kapłan poniósł męczeńską śmierć w 1943 r. Decyzją Soboru Biskupów Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego z 2003 r. został zaliczony do grona Świętych Męczenników Ziemi Chełmskiej i Podlaskiej.
Rozmowę z matuszką Walentyną przeprowadził diakon Wiktor Martinienko (służba prasowa włodzimiersko – wołyńskiej diecezji).


– To fotografia mojego, jeszcze młodego, Sergiusza – zaczęła rozmowę matuszka z diakonem – Fotografia wisi przez całe moje życie nad łóżkiem. A to ikona. Kiedyś podarował mi ją ks. Sergiusz. Widzicie… Rozbita łódź i duży krzyż po środku morza. I jeszcze dziewczyna. Ona zbawia się przez ten krzyż. To jest ikona mojego życia – ona mnie strzegła przez całe życie. Rozbita łódź – to mój los, a krzyż, jakim zbawiła się dziewczyna – to moja jedyna nadzieja w Bogu i Jego Miłości.
- Pochodziliście z jednej wioski? Proszę opowiedzieć jak się poznaliście? Jak powstało wasze uczucie?
- Tak, mieszkaliśmy w jednej wiosce, ale w odległości 3 kilometrów. Przyjaźniliśmy się od dzieciństwa. A później Sergiusz przyjeżdżał na wakacje i zawsze przychodził do nas. Uczył się w Seminarium Duchownym w Krzemieńcu. A później ukończył kurs duchowny w Jabłecznej. Spotykaliśmy się trochę z woli rodziców, bo moja rodzina była wówczas szanowana. Sergiusz zawsze miał pociąg do chrześcijaństwa, do modlitwy. Od 12 roku życia chodził do pokoju modlić się. A jaki miał głos - podobny do śpiewaka operowego. Nigdzie nie słyszałam takiego głosu.
- Jak doszło do waszego ślubu? Ile lat przeżyliście razem?
- Mieszkaliśmy razem 5 szczęśliwych lat. Od razu po ślubie pojechaliśmy na Litwę. W Wilnie odbyła się diakońska, a potem kapłańska chirotonia mojego męża. Tam też służył i było nam tam bardzo dobrze. Pewnie tam byśmy pozostali… Ale pragnęliśmy powrócić na Ukrainę.
- Był to czas prześladowań. Jak przeżyliście tę próbę?
- Tak, to był straszny, niebezpieczny czas. Powracając na Ukrainę trafiliśmy do obozu. Było tam 12 000 zatrzymanych. Wówczas poszczęściło się nam, nas wypuszczono. A już w Nabrożu żyliśmy w strachu. Chyba w 1942 r. przyszli i ograbili nas miejscowi nacjonaliści. A jeszcze i katolicy nas znieważyli. Oni nas prześladowali, zastraszali. Chcieli wyrządzić zło. Niepotrzebnie tam byliśmy. Początkowo baciuszce proponowano, by służył w Hrubieszowie, jako wikariusz. Ale na wszystko jest wola Boża. Zobaczcie – sami zdecydowaliśmy się znieść wszystkie cierpienia.
- Czy pamięta Matuszka dzień męczeństwa ks. Sergiusza? Jak to wyglądało?
- Przyszli w nocy i jego zakatowali. W wiosce Nabroż. To było w 1943 r. A 6 maja, na święto Jerzego Zwycięzcy, pochowaliśmy księdza na cmentarzu w Szychowicach. Tam służył nasz kapłan. To była ukraińska wioska. Tam się uczyliśmy, tam mieszkali rodzice Sergiusza.
- Nie było Matuszki w domu w nocy, gdy zamordowano ks. Sergiusza?
- Tak mnie nie było. I na to widać, że była wola Pańska. Wówczas pojechałam do mamy. Razem z ks. Sergiuszem byliśmy zaproszeni do sąsiedniej wsi na święto ku czci św. Jerzego Zwycięzcy. A tego dnia go pochowaliśmy… Straszny telegram o śmierci ks. Sergiusza zastał mnie w domu…
- Jak go pochowano?
- Ciężko mi o tym wspominać. Wszystko było, jak we mgle. Sam kondukt pogrzebowy, zdawało się, że nie ma końca. Na spotkanie wyszła procesja z cerkwi, gdzie służył ks. Lew Korobczuk. Oprócz niego było 5 kapłanów. To był straszny czas, możliwe, iż więcej by przyszło ludzi, ale się bali. Tak - ks. Lew Korobczuk nie przestraszył się. Później i jego skatowano. Jego mama, cały czas płakała, biedna mówiła do mojej teściowej: „Chociaż pochowaliście swego syna wg chrześcijańskiego obrządku, a ja swojego poznałam po pantoflach. Już był zakatowany, jego zupełnie nie można było rozpoznać”. Czy jego dzieci jeszcze żyją? – nie mam pojęcia.
- Wasz mąż, matuszko, jest świętym. Przecież nabożeństwa żałobnego (cs. panichidę) po nim nie możecie zamówić.
- Tak, kiedyś modliłam się za swojego baciuszkę. A teraz sama proszę jego o pomoc, modlę się do swego męża, aby on przed Bogiem modlił się za mnie i za nas wszystkich.
- Jak się dowiedzieliście o kanonizacji męża?
- Dali znać mi o tym z Polski. Tutaj, w wiosce, jest dużo Chełmszczaków. Pewna nauczycielka przyjaźni się ze mną i to ona poinformowała mnie o wszystkim…
- Jeździliście na kanonizację?
- Nie, nie jeździłam, ponieważ nie mam dokumentów, aby pojechać do Polski. I zdrowia też już nie mam. Ale mam książeczkę, gdzie znajduje się opis kanonizacji. Ikonę też mam. Modlę się do niej, zawsze się modlę.
- Teraz macie swojego orędownika na niebie przed Boskim Ołtarzem. Całe wasze życie to cierpienie. Ale dziwnym zamysłem Bóg was pozostawił, aby nam dzisiaj o tym wszystkim opowiedzieć.
- Tak. Kilka miesięcy po śmierci męża urodziłam dziecko. Wówczas mieszkałam na Wołyniu. To był zły czas, dookoła rozboje, ciężkie położenie. Później była epidemia wśród dzieci i moje niemowlę zachorowało. Leków nigdzie nie było, nie znalazłam ich i w Hrubieszowie. Póki dojechaliśmy do Lublina to mój Sergiuszek zmarł. Kto wie może tato zabrał go do siebie? Tak i życie upłynęło. Miałam 52 lata, jak zaczęłam budować dom. Nie lubię komuś się napraszać, przeszkadzać. Byłam zawsze samodzielna. Chwała Bogu wybudowałam dom i w nim mieszkam. Ale teraz trzeba zwracać się z pomocą do kogoś, bo już zbliżam się do końca. Mam dwie kurki, mam emeryturę. A ileż mi potrzeba? Worek ziemniaków na rok i to mi wystarcza. Palę brykietem, ale popiół wynosić jest mi ciężko. Mam wszystko, oprócz zdrowia.
- Daj Bóg byście dożyli 100 lat, a tam niech spotka ks. Sergiusz.
- Nie życzcie mnie tak długiego wieku. Już mi jest ciężko. Na wszystko jest Święta Wola Boga. Co przeżyłam, to przeżyłam. Niech nikt z chrześcijan tego nie doczeka i niech nie powtórzą się nasze cierpienia.

Na podst.:
http://www.vv-orthodox.org/
Z j. ukraińskiego tłumaczył i opracował:
Stefan Dmitruk